niedziela, 23 listopada 2014

PROJEKT - MOJA HISTORIA HISZPANIA

Dzisiaj włączam się i ja w kolejny projekt Klubu Polki na Obczyźnie. Już drugi raz:) Wcześniej pisałam o mojej pasji do tango (czytaj tutaj). Tematem listopadowego projektu jest „Emigracja-moja historia”  Oto i  ona:
                                                                  

MOJA HISTORIA

Dlaczego nie mieszkam w Polsce? Emigrowałam? To takie poważne, surowe słowo… Brzmi zimno i tak nie po mojemu…

A jednak tak jest określany wyjazd z kraju za granicę na pobyt czasowy lub stały. Ok, niech tak się nazywa, ja jednak to nazwę zmianą miejsca mojego domu.

Bo dla mnie bardzo ważnym jest mieć dom. Uwielbiam podróże, ale co Ci z podróżowania, jeśli nie masz dokąd wrócić? Wtedy TYLKO podróżujesz…

I równie ważni są dla mnie ludzie, bo jeśli nie masz z kim pogadać czy pomilczeć, pobyć po prostu, to co to za życie?

Mam już na koncie dwie zmiany miejsca mojego domu, co mogłabym może nazwać podwójną emigracją? Nie wiem, nawet szukałam w Wikipedii (mimo, ze zakładamy z moja Sis, że Internet kłamie), ale podwójna emigracja tam nie wystąpiła.

Moim rodzinnym miastem jest piękny Szczecin, który dawał mi zawsze wszystko to, czego potrzebowałam i w którym byłam zakochana. Po każdych wakacjach, nawet weekendowym biwaku wracałam do niego z ogromną radością i często ze łzami wzruszenia. Czułam wtedy, ze mój dom ma swoje właściwe miejsce. W Szczecinie oprócz domu miałam rodzinę, przyjaciół, pracę, samochód… i dość długo czułam się szczęśliwa i spełniona. Kiedyś dawno temu, kiedy wyjazdy do USA czy do Niemiec były dość rzadkie, a jednak się zdarzały, nie potrafiłam zrozumieć DLACZEGO ludzie decydują się emigrować, przecież tutaj się urodzili, tutaj POWINNI mieszkać. Wtedy byłam jeszcze młoda i nie za dużo wiedziałam :) Teraz słowa „powinnam” i „muszę” wykreśliłam ze swojego słownika :)

I tak żyjąc sobie szczęśliwie w moim mieście, któregoś lipcowego dnia  (14 lat temu) poleciałam na 2 tygodnie do Londynu. Mimo, że wcześniej odwiedziłam wiele wspaniałych miast, to właśnie w nim się zakochałam. Natychmiast. Już nie pamiętam dokładnie, co mnie zauroczyło najbardziej. Chyba wszystko po trochu: RÓŻNORODNOŚĆ, we wszystkim i wszędzie, ogromne parki i małe zielone skwerki w samym centrum, przejażdżki piętrowymi autobusami, mnóstwo teatrów, ogrom ludzi wokół, o rożnych kolorach skóry i KOLOROWO ubranych, Oxford Street i wszystkie zapierające dech w piersiach słynne miejsca, odwiedzane przez turystów. I jeszcze to, że nikt na nikogo nie patrzy jak na dziwadło (mimo, ze wygląda właśnie jak dziwadło :) ). A uwierzcie mi, w Londynie „dziwadeł” nie brakuje.

Szczecin z całą pewnością do małych i nudnych miast nie należy, ale wtedy wydał mi się taki maleńki i szary w porównaniu z tym, co zobaczyłam. Londyn rzucił mnie na kolana!

Zaraz po powrocie z wycieczki, wysłałam tam moja siostrę (ku jej wielkiej radości), młodszą ode mnie i nie mającą wtedy żadnych zobowiązań (jak rodzina czy praca). Prawie ją tam wepchnęłam, a nie było to łatwe zważywszy na fakt, ze Polska nie należała jeszcze do Unii Europejskiej. Przez kolejnych ładnych parę lat miałam gdzie się zatrzymywać, odwiedzając moją miłość o imieniu Londyn :)

Aż któregoś dnia poczułam, że coraz mniej mnie jest w Szczecinie, że moje życie się zmieniło, nie czułam się już tak spełniona jak kiedyś, czegoś mi brakowało, zapragnęłam zmiany, czułam, ze już nic ciekawego mnie tu nie spotka, mimo najszczerszych chęci z mojej strony.

I oto pojawiła się pierwsza nieśmiała myśl… Londyn? Krótko potem zadzwonił telefon - niespodziewany zwrot pieniędzy za bilety lotnicze, kupione kilka miesięcy wcześniej na święta do Londynu (biuro podroży splajtowało i trzeba było kupić nowe). Nie marzyłam nawet, że odzyskam te pieniądze :) Zapomniałam  o tym, zresztą już był chyba marzec. Hm…  extra pieniądze z biletów do Londynu na… nowy bilecik do Londynu :) ? Potem rozmowa z szefową i propozycja, na którą nie miałam ochoty, wiec mogłam spokojnie odejść; ubezpieczenie i przegląd samochodu właśnie dobiegały końca, a przydałoby się już kupić raczej  nowy samochód… Rany po rozstaniu z byłym partnerem wyleczone. I jeszcze kilka innych powodów, by zacząć coś nowego, gdzie indziej. I oczywiście najlepiej tam, dokąd mnie stale ciągnęło!

Zrozumiałam, że  już nie chcę tam latać tylko na kilka dni od czasu do czasu. Ja już chcę tam mieć dom. Chcę tam zamieszkać. Przy czym mówiąc dom, nie mam na myśli budynku, który sobie kupię, tylko takie miejsce, do którego wracasz z przyjemnością, gdzie się czujesz bezpiecznie i dobrze, do którego zapraszasz bliskich Ci ludzi… Gdzie wszyscy czujemy się kochani.

Takie miejsce miałam w Szczecinie i do tej pory wspominam je ze wzruszeniem. Było cudowne!
Taki tez cudowny dom zaczęłam urządzać sobie w Londynie. Dosyć szybko znalazłam stabilną pracę (jak na ówczesne warunki-po 3 miesiącach), nowych znajomych i przyjaciół, no i miałam blisko siebie moją kochaną Sis, która osiadła tu już na dobre.

Jak ja kochałam to życie w Londynie! Każdy weekend wypełniony po brzegi teatrami, musicalami, spotkaniami ze znajomymi, przyjaciółmi, spacerami, moim kościołem, zakupami na Oxford Street, wycieczkami po Londynie i za Londyn (bliżej i dalej), rozmowami telefonicznymi ze Szczecinem, wizytami moich bliskich.

Byłam przeszczęśliwa, życie w Londynie dawało mi spełnienie przez kolejnych 5-6 lat. Jednak stawałam sie coraz starsza, coraz bardziej świadoma i coraz bardziej szukająca…. sposobu na zatrzymanie się i bycie bardziej uważną.

To bardzo trudne mieszkając w ogromnym mieście, potrafić oddzielić się chociaż na moment od tego nieustającego kola: poniedziałek-piątek praca, weekend 100 tysięcy zajęć, kawa take away w metrze. Do tego wychodząc rano z domu w krótkim rękawku, potrzebujesz mieć ze sobą parasolkę i sweter, bo nigdy  nie wiadomo, kiedy zacznie lać lub wiać (ja nawet ten deszcz uwielbiałam! ) I wszędzie szybko, zawsze: BUSY :) Nie było czasu żeby odpocząć, zatrzymać się. To znaczy był, zatrzymywałam się na moment, ale zbyt krótki, by dawał mi satysfakcję bycia uspokojoną i patrzącą z dystansem na to „szybkie życie”. To nie było to, do czego powoli dojrzewałam... czego szukałam tak w skrytości. Z biegiem lat zmieniamy się, stajemy się bardziej świadomi siebie, mamy coraz więcej doświadczeń… Zaglądamy w głąb siebie i coraz częściej pytamy: kim jestem? co tu robię?… (to już chyba temat na inny  projekt :) )


I tak po 6 szczęśliwych, zabieganych, ale radosnych latach mieszkania w Londynie przyleciałam na kilka dni do Andaluzji. Mimo że byłam już wcześniej w Hiszpanii z 10 razy i nigdy nie przemknęło mi przez myśl, żeby tu kiedyś zamieszkać, to w Nerja zakochałam się prawie natychmiast i w trzecim dniu podjęłam decyzję: przeprowadzam się, chce teraz TU mieć swój dom.

Ja już nie chcę z tą cafe latte biec do metra czy autobusu. Ja chcę pić cafe con leche przez cały rok w kafejce na zewnątrz, w słońcu, które w Andaluzji świeci 365 dni w roku! Chcę mówić po hiszpańsku, chcę się budzić każdego dnia, w miejscu gdzie ludzie są powolni, zrelaksowani, gdzie słowo BUSY nie istnieje, a przewodnim słowem jest MAñANA. Już nie chciałam biec przez życie, postanowiłam spacerować i żyć Tu i Teraz (a w tym miejscu są ku temu bardzo dobre warunki). Nawet jak nie chcesz, to i tak zwolnisz tempo – upał i zrelaksowani Andaluzyjczycy  przywołają Cię do porządku :)
Przewartościowałam moje życie. Jest za krótkie i zbyt wartościowe, żeby przez nie tylko przebiec. W Londynie dni uciekały mi jeden za drugim. Tutaj odczuwam, ze jest inaczej…

Pamiętam jak ludzie pytali mnie, „Co?? Do Hiszpanii?? Ale dlaczego? Zakochałaś się? Praca? Tam przecież kryzys… Właściwie, to przecież zawsze możesz wrócić…”

Ale ja nie jechałam, żeby wracać :) Wielu z nich patrzyło z zazdrością na moją decyzję (widziałam w ich oczach zawiść: przecież masz tu dobrze, po co chcesz mieć lepiej, mam nadzieję, że Ci się nie uda). Zazdrościli odwagi? Inni stukali się w czoło - zostawić dobrą pracę, piękne mieszkanie dla „niczego” w Hiszpanii, w której przecież taaaaki kryzys! Niektórzy ze łzami w oczach najzwyczajniej w świecie - obrażali się, że ich zostawiam! Wielu jednak rozumiało moją decyzję i było „za”. Hm… nie, nie było ich wielu. Ale to byli prawdziwi przyjaciele, a takich zawsze jest niewielu ( kocham WAS i dziękuję, że jesteście).

Nic mnie jednak nie powstrzymało, nawet łzy mojego szefa. I już po 2 miesiącach zaczęłam urządzać swój nowy dom w nowym kraju. Właśnie teraz, gdy to piszę mijają dokładnie 3 lata od mojej wielkiej decyzji. Nie żałowałam ani razu. I nie żałuję ani jednego z 6 wspaniałych lat w Londynie, nadal często tam jeżdżę, by upajać się londyńskimi atrakcjami, spędzać czas z moja Sis i jej rodzinką oraz moimi znajomymi i przyjaciółmi. Niektóre musicale widziałam już 4 razy, Covent Garden i Oxford Street nadal odwiedzam z sentymentem i radością:) No i nigdzie nie ma aż tylu możliwości, by tańczyć tango argentyńskie!

Być może czekają mnie jeszcze kolejne zmiany miejsca domu. Nie wiem, być może. Tu i Teraz jest mi dobrze. Nadal dużo podróżuję :) Wiem, że do życia potrzebny jest balans, we wszystkim. Tutaj mam czas na medytację, zatrzymanie się, moje książki, pasje, i co najważniejsze mam tu dwie najważniejsze Osoby w moim życiu, z którymi tworzę cudowny DOM.



ELA

niedziela, 2 listopada 2014

PROJEKT LISTOPADOWY - MOJA HISTORIA



Zapraszamy na kolejny projekt z Klubem Polki na Obczyźnie



Przez kolejne kilka tygodni będziemy Wam opowiadać o tym

co skłoniło nas do emigracji oraz jak to nasze życie poza granicami Polski wygląda.



Mamy nadzieję, że historie, które Wam opowiemy
będą dla Was ciekawe a może i inspirujące :)

Zapraszamy!


***

2 LISTOPADA
MONIKA / SZWECJA

3 LISTOPADA
JUSTYNA / NORWEGIA
MOJA EMIGRACJA

LISTOPADA
GOSIA / TURCJA
RODZYNKI SUŁTAŃSKIE


LISTOPADA
AGNIESZKA / RPA
BLONDYNKA W KRAINIE TĘCZY

LISTOPADA
ALEKSANDRA / FRANCJA
FRANCUSKIE CIASTECZKO

LISTOPADA
MAŁGOSIA / SZKOCJA
THE FLEETING DAY

LISTOPADA
ANIA / AUSTRIA
ANNA SIKORA

LISTOPADA
IZA / FRANCJA
LOVE FOR FRANCE

10 LISTOPADA
NATALIA / ROSJA
POLKA-BLOG.RU

11 LISTOPADA
ANIA / HOLANDIA
L.E.D.D.

12 LISTOPADA
PIOTR / USA
PEREGRINO.PL

13 LISTOPADA
ANIA / SZWAJCARIA
SZWAJCARIA MOIMI OCZAMI

14 LISTOPADA
KAROLINA / SZWECJA
HEMMA HOS JOHANSSONS

15 LISTOPADA
ANIA / FRANCJA
ILLUMINESUSE

16 LISTOPADA
DOROTA / WIELKA BRYTANIA
ME AND YORK

17 LISTOPADA
KASIA / AUSTRIA
KANOKLIK

18 LISTOPADA
MONIKA / BUŁGARIA
NA BAKIER

19 LISTOPADA
ANIA / SZWAJCARIA
BIENVENUE EN SUISSE


20 LISTOPADA
MAGDA / NIEMCY
NIEMIECKI DLA POCZĄTKUJĄCYCH

21 LISTOPADA
KASIA / SŁOWENIA
SŁOWENIA I JA

22 LISTOPADA
SADEEM / WIELKA BRYTANIA
ŻYCIE NA EMIGRACJI


23 LISTOPADA
ELA / HISZPANIA
MOJA HISTORIA


24 LISTOPADA
MONIKA / KANADA
6757 KM | EMIGRACYJNE ADHD W KANADZIE

25 LISTOPADA
JUSTYNA / WIELKA BRYTANIA
PORIOMANIACY


26 LISTOPADA
ANIA / USA
ANIUKOWE PISADŁO


27 LISTOPADA
OLA / NIEMCY
THE MOON MOM


28 LISTOPADA
AGATA / TURCJA
TUR-TUR BLOG


29 LISTOPADA
ANIA / PORTUGALIA
MÓJ MIKROKOSMOS


30 LISTOPADA
JULIA / AUSTRALIA
WHERE IS JULI+SAM

1 GRUDNIA
DOROTA / WIELKA BRYTANIA
NIE ZAWSZE POPRAWNE ZAPISKI DEE

 2 GRUDNIA
DAGMARA / NIEMCY
ON HER MAJESTY'S SECRET SERVICE

3 GRUDNIA
NIKA / FRANCJA
FRANCUSKIE (I INNE) NOTATKI NIKI


4 GRUDNIA
GOSIA / HOLANDIA
ALLOCHTONKA


5 GRUDNIA
MARTA / WIELKA BRYTANIA
MARTA.NINJA


6 GRUDNIA
AGNIESZKA / RPA
AGNESSS IN AFRICA


7 GRUDNIA
AGNIESZKA / SZWECJA
ZAPISKI_SZWEDZKIE


8 GRUDNIA
KAROLINA / NORWEGIA
GDZIENEMO


9 GRUDNIA
EMILIA / INDONEZJA
EMI W DRODZE


10 GRUDNIA
AGNIESZKA / WIELKA BRYTANIA
A. NA OBCZYŹNIE


11 GRUDNIA
AGATA / TURCJA
TURECKIE KAZANIA

12 GRUDNIA
IGA / SZWECJA
ŻYCIE PRZEZ PRYZMAT JEDZENIA


13 GRUDNIA
ANIA / INDONEZJA
WETERYNARZ BEZ GRANIC


piątek, 31 października 2014

Z cyklu: smaki świata - LEMON LIME & BITTERS



To jest jedna z tych rzeczy, która trzeba przywieźć sobie z Australii. Nie koala, nie bumerang, tylko Lemon Lime & Bitters, czyli najlepszy napój świata!

Jego smak mnie zaskoczył, lekko zapiekł w język, przeszył dreszczykiem, żeby na koniec zostawić po sobie słodkie wspomnienie. Trudno, go do czegoś porównać, a łatwo się od niego uzależnić. Wierzcie mi!

W oryginale Lemon Lime & Bitters to mieszanka lemoniady (lub po prostu Spritea), syropu limonkowego (tzw. lime cordial) i tajemniczego Angostura bitters, który jest najważniejszym składnikiem.



Angostura aromatic bitters (czyli tłumacząc dosłownie aromatyczno gorzki Angostura) pochodzi z Trynidadu i Tobago, ale jego produkcja rozpoczęła się w Wenezueli, w mieście Angostura, a rozpoczął ją w 1824 roku Niemiec Dr. Johann Gottlieb Benjamin Siegert. Iście międzynarodowa historia! Ale to nie koniec - w 1873 roku Angostura bitters zdobyło nagrodę podczas targów kulturalno Weltausstellung w Wiedniu (do dzisiaj zresztą na butelce znajduje się przedruk medalu). Angostura bitters nie jest jednak popularny w Ameryce Południowej, pija się go główne w Australii i Nowej Zelandii.

Czym jest? Gorzką wódką, a może bardziej nalewką; receptura jest tajemnicą. Zna ją ponoć tylko 5 osób. Wiadomo jedynie, że w składzie są woda, alkohol (w ilości do 50%), zioła i przyprawy. To koncentrat, który do napoi dodaje się. Picie czystej nie wchodzi tu w grę. Przede wszystkim używany jest, jako składników drinków (najdroższy drink świata ma w składzie między innymi Angostura bitters; drink nazywa się Winston i kosztuje majątek), ale Angostura bitters wykorzystywany jest również, jako przyprawa do dań.

źródło
W Australii Lemon Lime & Bitters sprzedawany jest, jako napój bezalkoholowy, bo zawartość procentów jest znikoma.

No to co? Na zdrowie!

Więcej o historii możecie przeczytać na stronie producenta http://www.angosturabitters.com

Julia i Sam

piątek, 17 października 2014

z cyklu: smaki świata - Łosoś al cartoccio



Łosoś „al cartoccio” (w papierku)
PlorIT – facebook: Anna's Blog PlorIT
www.plorit.wordpress.com


Danie rybne!
Bleeee!
Jak tylko słyszę, że na talerzu będzie ryba to aż ciarki po mnie chodzą.
W domu tata był wędkarzem, więc te istoty w łuskach często gościły na naszym stole. Do tego rodzice wyspecjalizowali się w robieniu ryby w galarecie. 
Odkąd mieszkam we Włoszech musiałam się „zaprzyjaźnić” z owocami morza takimi jak: kraby, krewetki, małże, homary. Tylko w ciąży miałam chcicę na te rzeczy... po porodzie mi przeszło. Problem w tym, że będąc matką i wiedząc ile wartości mają ryby jestem zmuszona zamieścić je w naszym domowym menu. I co tu zrobić? Jak wmówić dzieciom, że ryba jest pycha, ale mamusia ich nie będzie jeść? 
Kiedyś zaproszona zostałam na obiad do restauracji po pewnym kursie w pracy. Wszystkim podano łososia grillowanego. Nie wypadało odmówić! Spróbowałam i się zakochałam. Pychotka!!! 
Trochę przerobiłam ten przepis i tak Wam go podam:


Kupujecie:
* łososia pokrojonego w dzwonki, tyle porcji ile osób
* 2 cytryny
* słoiczek kapary
* rozmaryn
* pieprz i sól
* oliwa z oliwek extra vergine (lub olej jaki lubicie)
* folia aluminiowa

Włosi często pieką w folii aluminiowej tzw. „al cartoccio”, bardzo sprytny i prosty sposób pieczenia. Możecie to przyrządzić na pół godziny przed posiłkiem, ale lepiej jest marynować rybkę kilka godzin wcześniej. 








Podając łososia na kolację, tuż po obiedzie rozkładam na stole kwadraty folii aluminiowej. Na każdym kwadracie kładę dzwonek tego „morskiego zwierza” posolony i popieprzony. Na każdym łososiu kładę plaster cytryny. Na to gałązkę rozmarynu. Na każdą porcję sypię łyżeczkę kapary. Polewam sokiem z wyciśniętej cytryny i polewam ciutkę oliwą. Każdą porcję ryby zawijam szczelnie i kładę na blachę. Następnie chowam do lodówki na kilka godzin. Tuż przed kolacją rozgrzewam piekarnik na 180°C i jak jest gotowy to wstawiam blachę na około 20-25 minut.
Proste i smaczne. Ości i skóra łatwo odchodzą na talerzu. 

Oczywiście każdy może sobie sypać na rybę co chce: tymianek, koktajlowe pomidorki, cebulkę, pietruszkę... w zależności od gustu. A co najfajniejsze: nie śmierdzi w domu rybą i nie ma nic do czyszczenia!


ANIA