środa, 16 kwietnia 2014

z cyklu: świat kulturalnie: CZYM ZAJĄCZEK ZA MŁODU...

Wraz z Niną mieszkającą w Niemczech 
zapraszamy Was na kolejny post 
z cyklu: Świat kulturalnie

***

Czym zajączek za młodu...

Wielkanoc to dobry czas na przedstawienie Wam niewielkiej, lecz wielce uroczej książeczki. Mowa o absolutnej klasyce niemieckiej literatury dziecięcej: Die Häschenschule (Zajęcza szkółka). Autorem rycin jest Fritz Koch-Gotha, rymowanki są pióra Alberta Sixtusa.
Dwa wydania Die Häschenschule w witrynie jednego z antykwariatów.
Książka po lewej wydana jest jeszcze w piśmie Sütterlina,
którego nie byłabym w stanie rozszyfrować.
Z tym małym dziełkiem zetknęłam się już wiele lat temu, zupełnie nieświadomie. A konkretnie z fragmentami ilustracji, które w Niemczech chętnie wykorzystywane są do ozdabiania wszelkich wielkanocnych ozdób, opakowań itp. Sama dostałam kiedyś w prezencie takie dwa wielkanocne jajka. Do źródła sięgnęłam dopiero niedawno.

motywy z książeczki na wielkanocnych jajkach
Die Häschenschule ukazała się w roku 1924. W owych czasach początek roku szkolnego zbiegał się z Wielkanocą, stąd pomysł na połączenie obu tematów. Realia zajęczej szkółki oczywiście mocno odbiegają od współczesnych. Dyscyplina i posłuszeństwo cenione były ponad wszystko! Mamy tu więc trochę srogiego, ale w gruncie rzeczy dobrodusznego i mądrego nauczyciela, który nie waha się wyszarpać niegrzecznego delikwenta za uszy czy posłać go do kąta. Uczniowie szkółki korzystają z elementarza, tabliczki i rysika, siedzą w drewnianych ławach, a naukę rozpoczynają od wspólnej modlitwy. Oprócz tego są... jak normalne dzieci, Małgosia, Jaś czy Maksio. Chłopcy brykają na przerwach na wyścigi, spokojne dziewczynki wolą towarzystwo koleżanek, tu ktoś wyciera łapką nos, gdzie indziej ktoś się bije, tam z kolei znudzony lekcją szaraczek buja w obłokach. Długouchy ubrane są także w stroje z epoki. Belfer ma na nosie binokle, nosi spodnie-pumpy, kamizelkę, surdut i melonik, a z kieszeni wystaje mu czerwona chustka w grochy. Dziewczęca moda to pantalony, sukienki i fartuszki. Chłopcy mają spodenki z dziurką na ogonek (często połatane), szelki i koszule. Także wnętrza są typowo „ludzkie”: kredens w kuchni, na półkach talerze i dzbanki. Do rodzinnej kolacji siada się przy stole w saloniku. Na ścianach wiszą portrety zajęczych przodków, przed ojcem stoi kufel piwa, czeka gazeta i fajka. Posiłki (liście kapusty i rzeżuchę) je się sztućcami, a porusza na dwóch łapkach - zupełnie jak ludzie!

okładka
Przedmioty wykładane w leśnej szkółce są jednak typowo „zajęcze”: nauka o roślinach i zwierzętach, malowanie jajek (bez tego ani rusz!), śpiew, uprawa szkolnego ogródka oraz gimnastyka, żeby móc zmylić myśliwego i uciec przed złym lisem.

fragmenty książki
Ilustracje w Die Häschenschule są po prostu mistrzowskie! Na jednej stronie zajęczo-ludzkie, na drugiej - jednobarwne i realistyczne, życiowe (łowczy z flintą, zwierzątka na czterech łapkach). Oryginalne rysunki i płyty drukarskie zostały zniszczone podczas II wojny światowej. Fritz Koch-Gotha pod koniec lat 40. zilustrował więc Zajęczą szkółkę od nowa. Co ciekawe, zrezygnował wówczas z jednego z nauczycielskich atrybutów - rózgi.
fragmenty książki
Nie mniej urocze są rymowane wierszyki, które odnoszą się do kolejnych epizodów z życia zajęczej szkółki. Bardzo żałuję, że nie mogę zacytować tu choćby fragmentu polskiego tłumaczenia, bo takowe się nie ukazało. Książeczka dostępna jest natomiast w języku szwedzkim (Jösse Hares Skola), włoskim (La scuola dei leprotti), łacińskim (Lepusculorum schola) i, od 2009 roku, angielskim (od 2009 roku; Rabbit School). Fani Beatrix Potter zapewne dostrzegą jej podobieństwo do Piotrusia Królika (The Tale of Peter Rabbit, 1902). Wszystkich, którzy mają ochotę zapoznać się z całością, zapraszam na stronę http://www.eichwaelder.de/Altes/altesbuch59.htm, na której dostępne są zarówno ilustracje, jak i teksty (książeczkę podzielono na dwie części).

fragmenty książki
W późniejszych latach Albert Sixtus uzupełnił Die Häschenschule o Der Häschen-Spaziergang (Zajęczy spacer, 1930), jednak we współpracy z innym rysownikiem. Kilkanaście lat później ukazał się Ein Tag in der Häschenschule (Dzień w zajęczej szkółce), jeszcze innych autorów. Ze względu na ogromną popularność zajęczej serii, doszły do tego i inne wydawnictwa, luźno związane z oryginałem: poradniki i książki kucharskie, zielniki, opisy wielkanocnych zwyczajów i dekoracji, puzzle, a nawet foremki do ciastek w kształcie długouchych bohaterów.

fragmenty książki
Zachęcam do wypróbowania jednego z przepisów Zajęczej Mamy: kawy z likierem jajecznym, popularnym w Niemczech na Wielkanoc. 200 ml ajerkoniaku podgrzewamy z paczuszką cukru wanilinowego, 40 g cukru i 100 ml mleka, przelewamy do dwóch filiżanek. Uzupełniamy 500 ml kawy. Następnie podgrzewamy i spieniamy 100 ml mleka. Pianką dekorujemy napój, posypując wg upodobania kakao. Smacznego!

przepis
Życzę wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom wesołych Świąt i pozdrawiam serdecznie z Niemiec!

Nina

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

z cyklu: opowieści różnych treści - MUZYKA W JĘZYKU WŁOSKIM. DOSŁOWNIE?

Zapraszamy na kolejny post z naszego poniedziałkowego cyklu
opowieści różnych treści.

Dziś będzie muzycznie...
A konkretnie o tym.. co słychać we Włoszech...
O tym opowie Wam Michasia mieszkająca w Mediolanie.

Miłej lektury!

***

Język włoski to muzyka dla uszu.

Intonacja, melodia, gęstość samogłosek i delikatnych, miękkich brzmień podwójnych spółgłosek sprawiają, że od wieków uwielbiano śpiewać w tym języku, składać muzyczne deklaracje miłości, wykonywać tragiczne arie operowe i oddawać się rozkoszy chłonięcia dźwięcznej mowy w salach teatralnych i koncertowych.

We Włoszech muzyka jest wszechobecna.

Towarzyszy Włochom na co dzień, nawet w najbardziej prozaicznych czynnościach, takich jak mycie okien, praca przy komputerze, podczas jazdy autobusem (i mowa o śpiewających kierowcach) czy podczas porannej kawy popijanej na balkonie!

A samą muzykę można odnaleźć nie tylko w melodii języka czy na ulicy, ale również w powiedzeniach wplatanych w codzienne rozmowy, czyli w tzw. modi di dire.

Jak odnaleźć się pośród tych muzycznych idiomów? 
To prostsze, niż myślicie.

I tak, Włochom często zdarza się przyjść na spotkanie z dużym spóźnieniem, czy jak mówią “przyjść po muzyce, po tym, jak skończono już grać”. Zatem arrivare dopo la musica czy arrivare a musica finita znaczy spóźnić się na najważniejszy punkt zebrania, gdy już muzyka ucichła i kluczowe słowa zostały wypowiedziane. Przepadło. Orkiestra skończyła grać.

Łatwiej będzie nam zrozumieć tę swobodę w podejściu do punktualności, jeśli weźmiemy pod uwagę, że często na takich spotkaniach dyskutuje się w nieskończoność, mówi się w kółko o tym samym, prowadzi długie rozmowy, nawet może w nieco inny czy trochę bardziej wyszukany sposób, zawsze jednak “grając na tę samą nutę czy będąc zawsze tą samą melodią”, czyli po włosku essendo sempre la stessa musica. Zdecydowanie lepiej unikać zatem uderzania w taki ton, który szybko znudzi naszych słuchaczy.

Gorzej, jeśli Włosi przychodzą spóźnieni, a dyskusja była niesłychanie wciągająca i inspirująca, czyli mogła wręcz “być muzyką dla ich uszu” - essere la musica per le loro orecchie.

Nie pozostaje im wówczas nic innego, jak dołożyć starań, by szybko poprawić swój nastrój
i wykrzyknąć do pozostałych niepocieszonych spóźnialskich: Musica maestro! i znaleźć dobry powód, by zaprosić wszystkich do wspólnego świętowania, zabawy i relaksu, zawsze jednak z lekkim przymrużeniem oka!



Oczywiście, istnieją punktualni Włosi (to nie oksymoron!). Wtedy okazuje się, że to zupełnie “inna muzyka” (essere un’altra musica) czyli nasza polska “zupełnie inna bajka”. Zdarzają się przecież i we Włoszech osoby niesłychanie dobrze zorganizowane, które panują doskonale nad każdą sytuacją i planują wszystko zawczasu. Bywa, że nie odnajdują się we włoskiej nieco chaotycznej rzeczywistości, “gdzie muzyka, i owszem, się zmienia, ale muzycy pozostają ci sami” - cambia la musica ma non i suonatori. Co znaczy to powiedzenie? Po prostu zawód codziennością (np. polityką), gdzie wydaje się, że sprawy idą w dobrym kierunku i zachodzą pozytywne zmiany, a tak naprawdę wszystko zostaje ‘po staremu’.

I zamiast w nieskończoność narzekać, wyrażać zawód, wyjaśniać, uzasadniać raz obraną pozycję i podkreślać nasze zdanie, czyli “oprawiać w muzykę” - mettere in musica - litanię naszych myśli, warto, za sławnym kompozytorem, krzyknąć: Paganini non ripete! (“Paganini nie powtarza”) i zamilknąć w sposób wielce wymowny!


fot. Bartek Wesołowski
Michasia

środa, 9 kwietnia 2014

z cyklu: świat kulturalnie - "OSKAR I PANI RÓŻA"

Dziś zapraszamy na kolejny post z cyklu 
"Świat kulturalnie".

O cudownej książce Erica Emmanuela Schmitta 
opowie Wam Nika.
Zapraszamy!

***

"Codziennie patrz na świat, 
jakbyś oglądał go po raz pierwszy"

Nasz środowy cykl Klubu Polek na Obczyźnie pod hasłem « świat kulturalnie » , poświęcony jest wyjątkowym, współczesnym książkom, muzyce, filmom lub przedstawieniom z kraju, w którym aktualnie mieszkamy. 

Wybierając jedną jedyną pozycję nie zawahałam się ani przez moment. "Oscar i Pani Róża" to nawet nie powieść, lecz kilkudziesięciostronicowe opowiadanie. Istnieją też filmy i przedstawienia zrealizowane na jego podstawie.

Jest to tekst tak silny emocjonalnie, że niewiele jest chyba osób, które pozostaną po lekturze nieporuszone.

Eric Emmanuel Schmitt jest znanym i tłumaczonym na wiele języków francuskim autorem. Napisał wiele wartościowych utworów: noweli i sztuk teatralnych. Od kilku lat mieszka w Brukseli, lecz nadal pozostaje ściśle związany z Francją, a w szczególności z Paryżem, gdzie posiada nawet własny teatr, w którym wystawiane są jego sztuki. Z wykształcenia jest filozofem.

To bardzo ciekawa postać, lecz nie o autorze chciałam dziś napisać, lecz o - moim zdaniem – najlepszym jego utworze.

Od lat powtarzam wszem i wobec, że "Oskar i Pani Róża" to utwór przynajmniej tej samej rangi co "Mały Książę" (o ile nie większej, ale to już pokaże przyszłość).

Moim zdaniem każdy  powinien choć raz przeczytać ten tekst. A najlepiej wracać do niego od czasu do czasu, gdyż nasz odbiór zmienia się wraz z mijającym czasem.

Temat chorego na białaczkę dziesięcioletniego dziecka jest trudny już sam w sobie. To nie jest normalne, że jedni dostają od losu wszystko, a inni nie mają nawet szans na przeżycie poszczególnych etapów życia: dzieciństwa, młodości, dorosłości, dojrzałości i starości.

To niesprawiedliwe, ale życie nie daje nam wyboru.

Oskar takiego wyboru nie ma na pewno. Chory na białaczkę, coraz słabszy, widzi i rozumie, że "nie jest dobrym pacjentem, bo nie udaje mu się zdrowieć". Lekarze widzą w nim symbol klęski swych metod leczenia i czują się bezradni. Pielęgniarki litują się, a rodzice udają, że są "dzielni" i unikają konfrontacji z rzeczywistością.

Jedynie Pani Róża, wolontariuszka odwiedzająca chore dzieci w szpitalu, aby dotrzymać im towarzystwa, zauważa w nim prawdziwego, choć małego, człowieka. To ona pomaga mu przeżyć 12 dni, które mu pozostały tak, jakby przeżywał wszystkie etapy życia aż po starość. Zachęca go do rozmowy z Bogiem, w którego Oskar nie wierzy, bo dorośli już go raz "nabrali" w sprawie Mikołaja. Opowiada mu o swych przygodach zapaśniczki sprzed lat i pomaga Oskarowi zaakceptować śmierć i cierpienie.  

                                "-Właściwie nie boję się nieznanego. Tylko trochę szkoda mi stracić to, co znam." – to słowa Oskara po jednej z takich rozmów

                               
Pani Róża, odwiedza Oskara każdego dnia i po prostu z nim rozmawia. Rozmawia i słucha jego wywodów, opowieści o tym co się stało pomiędzy jej wizytami. Oskar "przeżywa" na jej prośbę każdego dnia 10 lat, a my czytając przeżywamy każde słowo opowiadania. Do pewnego stopnia "przeżywamy" przyśpieszone życie Oskara razem z nim. Dojrzewamy razem z nim.

Oskar zwraca się do Boga jak do kumpla, zaczynając swój pierwszy list od pokreślenia faktu, że w niego nie wierzy.

                                "Nazywają mnie Jajogłowym, wyglądam na siedem lat i nigdy się do Ciebie nie odzywałem, bo nawet nie wierzę, że istniejesz"

W dniu dziewiątym Bóg składa "niewidzialną" wizytę Oskarowi, dokładnie tak jak uprzedzała go Pani Róża.

                                "Zrozumiałem, że jesteś obok. Że zdradzasz mi swój sekret: codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy.
Więc posłuchałem Twojej rady i pilnie wykonałem polecenie. Po raz pierwszy. Wpatrywałem się w światło, w kolory, drzewa, ptaki, zwierzęta. Czułem, jak powietrze wpada mi w nozdrza i sprawia, że oddycham. Słyszałem głosy rozbrzmiewające w korytarzu jak pod kopułą katedry. Czułem, że żyję. Drżałem z rozkoszy. Co za radość żyć. Byłem zachwycony."

Po tych odwiedzinach chłopiec czuje już inaczej i próbuje to wyjaśnić swym rodzicom, których kocha, choć początkowo okazali się "tchórzami" w obliczu śmierci.

                                "Próbowałem tłumaczyć rodzicom, że życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć."

    Czy w naszym codziennym życiu potrafimy zasłużyć na otrzymana "pożyczkę"? Jak bardzo staramy się rozmawiać z bliskimi na trudne tematy? Czy nie próbujemy zbyt szybko przeskakiwać pewnych etapów? Czym jest cierpienie? Czym jest otwarcie na drugiego człowieka?

   To zapewne nieliczne z wielu pytań, które przyjdą wam do głowy po przeczytaniu "Oskara".
Zaopatrzcie się więc w pudełko chusteczek, bo bez nich się raczej nie obędzie i zasiądźcie do lektury , która zmieni waszą duszę i wasz sposób patrzenia na otaczający nas świat :)

Michèle Laroque w roli Pani Róży i mały Amir w roli Oskara
we francuskiej wersji filmu

*****

Kilka linków związanych z "Oskarem i Panią Różą"

Strona web Erica Emmanuela Schmitta po francusku:

Ta sama strona web istnieje również po angielsku, niemiecku i hiszpańsku:


FB Erica Emmanuela Schmitta po polsku:
            https://www.facebook.com/pl.schmitt


You Tube :
film po francusku (2009) w reżyserii samego autora ze znaną aktorką Michèle Laroque w roli Pani Róży (w filmie Rose staje się Panią Różą nieco wbrew swej woli)

Plakat do francuskiej wersji filmu w rezyserii samego autora,
Erica Emmanuela Schmitta

Krótki wywiad z Michèle LAroque na temat filmu:


You Tube :
Polski Teatr Telewizji w reżyserii Marka Piwowskiego (2005)
     

Autor stworzył też na podstawie opowiadania  sztukę teatralną, która jest monodramem opowiadanym po śmierci Oskara przez Panią Różę.

W pierwszej jego inscenizacji w sezonie 2003-04 grała znana aktorka francuska Danielle Darrieux.

Plakat do inscenizacji teatralnej "Oskara" z Danielle Darrieu
w roli pierwszej Dame Rose na teatralnej scenie

Osobiście miałam okazję obejrzeć w 2006 roku inscenizację z inną świetną francuską aktorką Annie Duperey w roli Pani Róży.  Było to tak mocne przeżycie teatralne, że do tej pory pamiętam każdy moment spektaklu i ogarniające mnie wówczas emocje. Do dziś jest to dla mnie bezcenne przeżycie.
Oto mały fragment tego spektaklu na Youtube:

Plakat do monodramu "Oscar et la Dame Rose" z Annie Duperey w roli głównej

Książkę mam w domu od lat, i w oryginale po francusku i w polskim tłumaczeniu. Często do nich wracam i równie często rekomenduję swoim znajomym i bliskim, którzy nie mieli jeszcze okazji jej przeczytać.


Tym bardziej jestem wdzięczna dziś naszemu Klubowi Polki na Obczyźnie, który dzięki swemu środowemu cyklowi umożliwił mi zarekomendowanie mego ulubionego utworu szerszej rzeszy potencjalnych czytelników.

Nika

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

z cyklu: opowieści różnych treści - OSTATKI W LEON

Ostatki już co prawda za nami,
ale - ponieważ projekt językowy zapchał cały marzec -
czas na post o ostatkach w hiszpańskim Leon nadszedł dopiero teraz...

Zapraszam Was na bardzo pozytywny post Ewy
zakończony cudownymi zdjęciami!

Miłej lektury:)

***

Odkąd mieszkam w Hiszpanii, cały czas mam wrażenie, że tutaj się nieustannie coś świętuje. A to nagle jakiś dzień wolny wypada, a to z nienacka jakaś parada idzie ulicami, a to rodzina przyjeżdża bo akurat u nich był dzień wolny i mają długi weekend. Trzeba przyznać, że Hiszpanie są w świętowaniu dobrzy i bardzo to lubią. Nie sposób więc nie poświętować końca karnawału, prawda?

            Podczas gdy ja z kubkiem herbaty i tłustoczwartkowym pączkiem cieszyłam się “domowymi ostatkami”, w Leon rozwieszano klapsydry. Zatrzymując się w sobotę przed jedną, spytałam swojego prywatnego Hiszpana, kto to znany zmarł, bo widzę, że klapsydry niemal na drzwiach każdego baru. Na co mój Hiszpan z uśmiechem na twarzy (uśmiech w stylu: trolling zakończony sukcesem) odparł żebym sobie poszła i poczytała. Tak oto moim oczom ukazała się ta oto klapsydra:

Pogrążona w smutku rodzina oznajmia, że jak co roku o tej porze zmarła Pani Sardynka (wdowa po Panu Sardeli). Zmarła po otrzymaniu sakramentów i sosu czosnkowego. Niech spoczywa w pokoju.

No i wszystko stało się jasne, kolejny ciekawy obyczaj, który zaskoczył mnie na hiszpańskiej ziemi. O co chodzi? A no o to, że w Środę Popielcową, uroczyście grzebie się i pali sardynkę, jako symbol zapomnienia przeszłości i wielkopostnego odrodzenia do “Nowego”. Pogrzeb jest bardzo podniosły z procesją i muzyką.

            Zanim jednak karnawał wraz z Panią Sardynką zostanie pogrzebany, Hiszpanie hucznie bawią się na najróżniejszych imprezach ostatkowych. Najbardziej znane obchody (które podniesiono do rangi wydarzeń kulturalno- turystycznych) możemy zobaczyć między innymi na Teneryfie, w Cadiz i Solsonie, jednak praktycznie każdy region Hiszpanii ma coś do zaoferowania. Niestety nie miałam jeszcze  okazji by wziąć udział w wielu karnawałach hiszpańskich.

Tu w Leon, już cały tydzień odbywają się koncerty, wystawy, spotkania oraz najróżniejsze wydarzenia gastronomiczno- kulturalne. Na przykład można wziąć udział w “Rondach” czyli wspólnym wychodzeniu na tapas. Idea “Rondy” którą można przetłumaczyć jako rundę/ kolejkę polega na tym, że w pierwszym barze za wszystkich ze swojej grupki płaci jedna osoba, w kolejnym kolejna i tak aż wszyscy z grupy zafundują tapę. Ilość osób w naszej grupce jest więc rzeczą dość strategiczną:) Podczas “karnawałowych Rond” można uświadczyć niewielkich zniżek i specjalnej oferty tapasowej.

Kolejnym wydarzeniem na większą skalę była parada przebierańców, która w sobotę wieczorem, nawet mimo deszczu, przeszła ulicami miasta. Przebrania, piękne, pracochłonne były następnie oceniane w konkursie. Każdej grupce towarzyszyła orkiestra albo chociażby muzyka rozwalona na cały możliwy regulator. Dodatkowo też, ocenie podlegały “karoce” czyli przygotowane platformy. Bardzo często bary przebierańcom oferują zniżkę albo kolejkę gratis. Przebierają się wszyscy od dzieci w wózkach po osoby w zacniejszym wieku.

Podczas karnawału przygotowuje się też, albo kupuje, hiszpańską wersję faworków- orejas de carnaval czyli uszy karnawałowe. Ciasto jest bardzo zbliżone do tego chruścikowego (jak to się u mnie w domu nazywa), jednak dużo twardsze i tłustsze. Na koniec obsypane cukrem pudrem. Nie jest to co prawda polski faworek, ale z braku laku....

Poniedziałek jest dniem wolnym dla uczniów, więc dzieci i młodzież mają długi weekend. We wtorek wieczorem odbędzie się parada i wystawa prezentująca przebieg karnawału i zwyczaje w poszczególnych częściach Leon.

Wszystko to zakończy się jak już wspomniałam pogrzebem sardynki. Chociaż może słowo “zakończy się” nie jest najwłaściwsze. Pogrzeb sardynki bowiem rozpocznie przygotowania do obchodów Wielkiego Tygodnia, a to już jest zupełnie inna historia:)


Chyba największe zwyciężczynie Cruelle z dalmatyńczykami

Hiszpańska wersja Chin

Jedna z tutejszych piękności

Najlepsze przebranie na niepogodę czyli meduza

ostatkowi przebierańcy z Leon

Szkoła biorąca udział w paradzie

Tradycyjne stroje karnawałowe z regionu Leon

Uszy karnawałowe

Przejście przebierańców karnawałowych

Klapsydra sardynkowa

Pogrzeb Pani Sardynki
Biedna sardynka spłonęła jak co roku

Zostały po niej tylko zgliszcza tak jak po Karnawale

piątek, 4 kwietnia 2014

z cyklu: smaki świata - ROSYJSKIE PIELMIENI

Rozpoczynamy nowy cykl postów,
które ukazywać się będą w piątki 
i dotyczyć będą pyszności popularnych w różnych miejscach na świecie.

A pierwsze post w tym cyklu napisała dla nas Natalia, która mieszka w Moskwie.

Zapraszamy!

***
Rosyjskie pielmieni zawsze kojarzyć mi się będą z poezją i miłością. Pierwszy raz przygotował je dla mnie ojciec mojej szkolnej miłości, Staszka, sam zresztą też Stanisław. Lepił małe pierożki w natchnieniu, deklamując przy tym Jesienina. Był repatriantem ze Lwowa i swoją tęsknotę za utraconym miastem wyrażał gotowaniem najróżniejszych potraw rosyjskich, ukraińskich, kresowych po prostu. A my, piętnastolatki, wcinaliśmy je bezkarnie, patrząc na siebie miłośnie. Tamtego smaku nie udało mi się odnaleźć.

Za to teraz mam czasem tzw. napady na pielmieni, kiedy muszę, po prostu muszę je zjeść. Ktoś wzruszy ramionami, że to zwykłe pierożki, których pełno w kuchni każdego kraju. Faktycznie wariantów pierożków jest mnóstwo, od włoskich tortellini poczynając na polskich ... ruskich pierogach kończąc (oczywiście w Rosji nie ma żadnych ruskich pierogów). Ja jednak będę się upierać, że smak pielmieni jest jedyny i niepowtarzalny. Po pierwsze: są maleńkie. Po drugie: mięsne nadzienie wkłada się w stanie surowym, więc np. z naszymi pierogami z mięsem różnią się diametralnie. Po trzecie wreszcie: najlepsza wersja to pielmieni spożywane z octem lub sokiem z cytryny, tak!

Rosja chwali się tą potrawą dzięki plemionom syberyjskim (ugro-fińskim). Północni koczownicy wędrujący z Ałtaju na Zachód zdradzili ludom z Przeduralu recepturę mięsa zawijanego w płatki ciasta. Ci z kolei nadali mu nazwę „pielniań” czyli „ciastowe ucho” i włączyli pielmieni do rytuału składania ofiar bogom na miejsce zwierząt. Z czasem nazwa zmieniła się na łatwiejszy „pielmiań” i wreszcie przybrała liczbę mnogą. Danie rozprzestrzeniło się na Syberii i w Średniej Azji.

Przepisów na pielmieni jest bardzo wiele, podobnie jak można je różnie spożywać. Ze wspomnianym już octem, śmietaną, gotowane w rosole, pieczone, smażone itp.Najciekawsze sposoby ich przygotowania stosują mieszkańcy Syberii – dla nich to prawdziwa potrawa narodowa. Pielmieni są dla nich daniem idealnym, przygotować je można w każdych warunkach i zamrozić. Do farszu dodaje się tu pokruszony lód, a mięsa jest znacznie więcej niż ciasta (na Syberii zawsze było łatwiej o mięso niż o mąkę i jajka).


Pisząc ten post, zrobiłam się okropnie głodna, więc jeszcze podaję niżej przepis i uciekam coś zjeść! Może do pielmiennoj czyli pierogarni?...

Zdjęcia i przepis z rosyjskiej strony www.pojrem.ru

Składniki: 
0,5 kg mięsnego farszu, 
biała cebula 100-150 g, 
śmietana (może być mleko lub woda) 50 ml, 
mąka pszenna 300 g, 
1 jajko, 
pieprz i sól. 
Czas przygotowania 50 minut, ilość porcji nieznana.


Mąkę przesiać do sporej miski, dodać sól i wbić jajko.


Dodać wodę i dobrze wyrobić kulę z ciasta. 
Następnie trzeba ciastu dać 30 minut odpocząć.


Obrać cebule i je poszatkować blenderem albo przepuścić przez maszynkę do mielenia.


Dodać posolony i popieprzony farsz mięsny i polać go śmietaną.


Ciasto cienko rozwałkować i wykrawać kółka małą szklanką.


Nakładać farsz na środek ciasta i lepić pierożki albo...


...posłużyć się specjalną formą – pielmienni...


Wrzucić do osolonej wody, po wypłynięciu gotować 5-10 min,
dodać ulubioną okrasę i smacznego!



Natalia

środa, 2 kwietnia 2014

z cyklu: świat kulturalnie - MISTRZ I MAŁGORZATA - MAGICZNA POWIEŚĆ WSZECH CZASÓW




Rozpoczynamy nowy cykl postów Klubu Polki na Obczyźnie.

Świat kulturalnie to posty naszych Klubowiczek o muzyce, literaturze i filmie krajów, w których mieszkają.

Mamy nadzieję, że cykl ten Wam się spodoba i każdy będzie mógł znaleźć coś interesującego dla siebie.

Zapraszamy w środy!




***

A na pierwszy ogień udajemy się w świat rosyjskiej literatury z górnej półki. O "Mistrzu i Małgorzacie" opowie Wam Natalia.
Miłej lektury!


***


W Moskiewskim Teatrze na Tagance już 25 lat odgrywany jest spektakl "Mistrz i Małgorzata"
W Pskowie otwiera się właśnie wystawa poświęcona bohaterom powieści. 
Jest kilka ekranizacji filmowych i serial oraz musical. 
Żadna rosyjska księgarnia nie pozwoliłaby sobie na brak co najmniej kilku różnych wydań "Mistrza i Małgorzaty", od wersji broszurowej po tomy na bogato.

Co takiego jest w utworze Michaiła Bułhakowa, że chcą go czytać kolejne pokolenia na całym świecie?

Książka 
"Mistrz i Małgorzata" została wydana po raz pierwszy dopiero 26 lat po śmierci autora, w 1966 roku, a i to w okrojonej wersji. Bułhakow pracował nad powieścią od 1928 roku, nadając jej początkowo zupełnie „niepasujące” tytuły: Czarny mag, Kopyto inżyniera, Żongler z kopytem czy Koncert. Pisarz nie mógł rozstać się z powieścią i poprawiał ją do samej śmierci. 
W "Mistrzu i Małgorzacie" jest wszystko: wesoła bezczelność i wzruszający smutek, romantyczna miłość i szatańskie pokusy, magiczna tajemnica i niekończąca się gra z siłą nieczystą. Tej powieści nie da się zaszufladkować, jest tak pełna mistyki, a dodatkowo rozgrywa się w trzech światach. Świecie ludzkim, biblijnym i kosmicznym (Woland i jego świta).Wszystkie światy są pełne dobra i zła, a każdy człowiek ma dwa ciała i dwa serca: jedno materialne i jedno duchowe. Duchowej strony człowiek nie pozbywa się nigdy, nawet po śmierci i tak bardzo chce się w to wierzyć!
Poza tym powieść napisana jest pięknym językiem, w końcu Bułhakow to prawdziwy mistrz pióra, a przy tym uważny obserwator rzeczywistości, wyławiający z niej kwestie uniwersalne. Pewne powiedzenia z książki na stałe weszły do języka i nawet nie zdajemy z tego sobie sprawy. Chyba każdy słyszał np. o rybce nie pierwszej świeżości? A koty, starożytne i nienaruszalne stworzenia (Behemot), są teraz bardzo na topie.

Film
Pierwszą ekranizację Mistrza i Małgorzaty zrobił Andrzej Wajda w 1971 roku pod tytułem "Piłat i inni". Następnie była produkcja włosko-jugosłowiańska, potem znowu polska, brytyjska, a sami Rosjanie bardzo długo zbierali się ze swoim filmem, bo nakręcili go dopiero w 1994 roku. Jednak na mnie największe wrażenie wywarł telewizyjny serial "Mistrz i Małgorzata" z 2005 roku, w reżyserii Władimira Bortko. Tak właśnie wyobrażałam sobie Małgorzatę i wreszcie zmaterializował mi się Mistrz! Mówi się o pomyśle amerykańskim z Johnny Deppem i Angeliną Jolie w rolach głównych, ale... Taki zbyt oczywiście przystojny Mistrz? Albo taka chuda Małgorzata? Jeszcze ją zwieje z miotły, kiedy poleci nad Moskwę...
Muzyka 
Są symfonie, opery i musicale poświęcone powieści. Chyba najsłynniejszy hit zainspirowany Mistrzem i Małgorzatą to "Sympathy for the Devil" Rolling Stones’ów z 1968 roku.


http://dombulgakova.ru/ - polecam, miejsce historyczne
* rosyjska elektroniczna wersja książki do ściągnięciahttp://books.imhonet.ru/element/170088/links/


Wycieczka po Moskwie śladami Mistrza i Małgorzaty http://mskbest.rumożna wejść przez Facebooka https://www.facebook.com/letovmoskve podaje się numer telefonu i na 2 godziny przed wycieczką przychodzi przypomnienie ze wszystkimi szczegółami. Opłata na miejscu 400 rubli.
klatka schodowa domu Bułhakowa w Moskwie

klatka schodowa w domu Bułhakowa - cała pokryta rysunkami

sąsiedni dom na Sadowej - tu spotkali się Isadora Duncan z Jesieninem

Tramwaj 302-bis

Patriarsze Prudy

Patriarsze Prudy

znak na Partiarszych Prudach

Spiridionowskij Pierieulok - domniemany dom

Mistrz i Małgorzata z serialu

Bułhakow ze swoją trzecią żoną Eleną, która prawdopodobnie była pierwowzorem Małgorzaty

Natalia,
POLKA-BLOG.RU